Uwe Boll i ekranizacje gier – czy to naprawdę najgorszy reżyser?
Dla mnie osobiście Uwe Boll to prawdziwy fenomen. To w końcu reżyser, który zrobił najwięcej ekranizacji gier w historii i zarazem stał się ich żywą antyreklamą. W pewnym momencie jego nazwisko zaczęło działać jak ostrzeżenie, czyli zanim jeszcze obejrzeliśmy film, to już było wiadomo czego możemy się spodziewać. Najbardziej uderza mnie jednak to, że Uwe brał marki, które miały gotowy przepis na sukces – rozpoznawalny tytuł, fanów i świat, który aż prosił się o filmową opowieść. Alone in the Dark, BloodRayne, Postal, Far Cry – to nazwy, które wśród graczy coś znaczą i wiele osób wybrałoby się do kina choćby z czystej ciekawości.

Uwe Boll na planie filmu Dungeon Siege: W imię króla. Pełna filmografia reżysera jest dostępna tutaj.
Problem w tym, że w kinie sama „marka” często nie wystarcza. Przez lata ekranizacje gier często wykładały się na tym samym – zamiast przenieść na ekran klimat danej produkcji, zadowalały się przebraniem go w filmowe ciuchy i odhaczeniem kilku znajomych elementów. Uwe Boll jest twarzą tej historii, bo robił to często, głośno i bez kompleksów – a Internet bardzo lubi mieć jednego, wyrazistego winnego. I tutaj właśnie nasuwa się pytanie – czy on naprawdę zasłużył na tytuł najgorszego reżysera? Czy raczej stał się symbolem epoki, w której adaptacje gier traktowano jak szybki interes, a nie jak historię, którą warto opowiedzieć? Gdybym miał wskazać jedną cechę, która byłaby charakterystyczna dla jego filmografii, to byłby nią jego stosunek do materiału źródłowego – chłodny, użytkowy, momentami wręcz demonstracyjnie lekceważący.
W wywiadach wspominał on zresztą, że poza wspomnieniami z Pac-Mana i Asteroids miał znikome zainteresowanie grami. Mówił wprost, że zawsze uważał je za stratę czasu, a jednocześnie dostrzegał finansowe plusy ich filmowej adaptacji – społeczność fanów oraz możliwość łatwego przerobienia podstawowych elementów fabuły i designu pod kino. W tym kontekście marka była tylko szyldem, a cały scenariusz i realizacja jedynie zbędną otoczką. Po House of the Dead (2003) zrobił szybko kolejne adaptacje (Alone in the Dark, BloodRayne), a potem brnął dalej w serię ekranizacji (Dungeon Siege, Postal, Far Cry). Wiele z tych produkcji sprawia wrażenie, jakby ktoś obejrzał kilka grafik koncepcyjnych i uznał, że to wystarczy.
Uwe miał wiele konfliktów z krytykami, których wyzwał nawet na walkę bokserską, a całość została opisana w filmie Raging Boll (2010), który dostępny jest powyżej. Szybko zyskał również miano jednego z najgorszych reżyserów – ale czy słusznie? Ta łatka przylgnęła do niego na wiele lat i nawet gdy udało mu się stworzyć coś interesującego (np. Rampage z 2009 roku), to trudno było zmienić zdanie widzów.
Najgorsze ekranizacje gier Uwe Bolla
Jeśli mam uczciwie wskazać, gdzie legenda naszego bohatera robi się namacalna, to właśnie w tytułach poniżej. A dodajmy, że zadanie miał właściwie względnie proste – wziąć rozpoznawalną grę i dowieźć film przynajmniej spójny i dobrze zrealizowany. Niestety nie udało się, a jego „dzieła” wyróżnia powtarzający się schemat – film wygląda, jakby był posklejany z cudzych pomysłów… bez planu, ładu i składu.
1. Dom śmierci (2003)
House of the Dead to tytuł, który do dziś służy jako przykład jak nie robić adaptacji… i wcale mnie to nie dziwi. Jako ciekawostkę podam fakt, że Uwe Boll faktycznie wmontował w niego krótkie przebitki z gry. Sprawia to wrażenie jakby reżyser bał się, że bez przypominania widzowie nie zorientują się, że to co oglądają ma coś wspólnego z grą. I nawet jeśli ktoś lubi kino klasy B, to tutaj jest po prostu tragicznie.
2. Alone in the Dark: Wyspa cienia (2005)
Ten film zwyczajnie źle się ogląda. Już od początku trudno zrozumieć o co chodzi i dlaczego wydarzenia mieszają się, jakby ktoś pomieszał sceny. W dodatku film nie tylko nie buduje grozy czy atmosfery przygody, ale jest po prostu nielogiczny i nudny.
3. BloodRayne (2005)
Najbardziej ironiczne jest to, że akurat ten tytuł dawał furtkę do łatwej adaptacji – gra była bowiem dość sztampowa i przerysowana, ale wciągająca. Wystarczyło żeby film uchwycił ten klimat. Niestety wyszła mieszanka kompletnie bez wyrazu – nie jest to ani porządna przygodowa rozwałka, ani stylizowany pastisz.
4. Far Cry (2008)
Ekranizacja kultowego FPS-a, którą wielu widzów i krytyków uważa za kompletnie zmarnowany potencjał. Drewniana gra aktorska, dialogi jak z parodii i okropny montaż zabijający jakąkolwiek przyjemność z seansu. W artykułach o najgorszych filmach Uwe Bolla prawie zawsze pojawia się w ścisłej czołówce.
5. Dungeon Siege: W imię króla (2007)
Formalnie fantasy na dużą skalę, ale finalnie poległ na niemal każdym gruncie. Fatalne dialogi, kostiumy i efekty specjalne. Film ten często wskazywany jest jako przykład, że nawet większy budżet i niezła obsada nie uratują filmu, jeśli reżyser nie ma pomysłu na realizację. O dziwo tytuł ten doczekał się dwóch kontynuacji, które również wyreżyserował Uwe Boll.
Najlepsze filmy Uwe Bolla
Najłatwiej byłoby napisać, że „najlepszy film Uwe Bolla” to oksymoron i dać sobie spokój, ale to byłoby trochę zbyt proste. Pomimo łatki najgorszego reżysera, ma on w dorobku kilka ciekawszych tytułów. Nie oszukujmy się jednak – to wciąż kino szorstkie, tanie i momentami toporne, ale można w nim dostrzec zalążek autorskiego gniewu, politycznego komentarza, niezłego humoru czy sprawnie poprowadzonej akcji. Poniżej więc moim zdaniem najlepsze filmy Uwe Bolla, które w gruncie rzeczy da się obejrzeć.
1. Rampage: Szaleństwo (2009)
Wydaje się, że Uwe Boll wreszcie znajduje formę pasującą do swojej brutalnej, bezkompromisowej opowieści. Kamera często trzyma się blisko sprawcy, przez co masakra wygląda nie jak typowe hollywoodzkie widowisko, tylko jak coś niepokojąco zwyczajnego. Zaskakuje też to, jak konsekwentnie budowana jest tu atmosfera beznadziei – miasteczko wydaje się martwe, zanim jeszcze padnie pierwszy strzał. Nie jest to seans przyjemny, ale właśnie ta surowość sprawia, że wielu widzów wymienia ten film jako dowód, że Uwe Boll potrafi coś więcej niż tylko psuć filmowe adaptacje gier.
2. Rampage 2: Kara śmierci (2014)
W drugiej części mocniej czuć wątek publicznego spektaklu przemocy. Przeniesienie akcji do stacji telewizyjnej pozwala komentować media i polityków z jeszcze większą agresją. W dodatku główny bohater jest bardziej świadomy swojej roli i chętnie ją wykorzystuje, co dodaje nieco nieprzyjemnego, ale intrygującego wymiaru. Konstrukcja filmu jest prostsza niż w jedynce, za to dialogi chwilami trafniej punktują hipokryzję systemu. To nadal kino skrajne, ale czuć że reżyser ma na nie pomysł.
3. Rampage 3: Zamach na prezydenta (2016)
Trójka wyraźnie jedzie na rozkręconej konwencji, ale nie jest wyłącznie odgrzewanym kotletem. Uwe Boll jeszcze raz sięga po motyw samotnego buntownika, ale tym razem celującego najwyżej jak się da – w sam szczyt władzy. Polityczny komentarz jest tutaj bardzo wyraźny, a w kilku momentach film zaskakuje brutalną szczerością i bezpośredniością. Fani serii doceniają, że mimo niższego budżetu tytuł ten nie boi się radykalnych decyzji fabularnych, przez co domyka historię w sposób spójny z nihilistycznym tonem całości.
4. Mściciel z Wall Street (2013)
Fabuła skupia się na historii człowieka zmiażdżonego przez system finansowy. Bohater staje się jednocześnie ofiarą i sędzią, a jego droga do przemocy budowana jest stopniowo. Dzięki temu zemsta nie jest tylko efektowną strzelaniną, ale też dość czytelną metaforą gniewu po kryzysie z 2008 roku. Dodatkowym atutem pozostaje intensywna, momentami wręcz dokumentalna energia ujęć, która dobrze współgra z tematyką ulicznych protestów i upadku zaufania do instytucji.
5. Postal (2007)
Postal podobnie jak jego growy pierwowzór – jest filmem totalnie szalonym, wulgarnym, obrazoburczym i świadomie głupim, ale dzięki temu bardziej spójnym niż większość innych filmów reżysera. Tutaj od pierwszej sceny wiadomo, że nie będzie świętości – dostaje się politykom, religii, mediom i samym widzom, którzy chcą to obejrzeć. Żarty są nierówne, obok paru celnych ciosów ląduje cała masa żenady. Mimo to całość ma dziwnie hipnotyzujący rytm. Dla wielu osób to kino absolutnie nie do przełknięcia, ale właśnie na tym polega jego urok (poniżej pełna wersja filmu).
Uwe Boll – kochać czy nienawidzić?
Patrząc na to wszystko z boku – mam wrażenie, że Uwe Boll tracił zaufanie widzów stopniowo z każdym kolejnym filmem. Na dodatek sam mówił, że gry uważa za stratę czasu, a realizowane adaptacje traktował jedynie jako szybki sposób na na zdobycie szerokiej publiczności. Czy jednak daje mu tytuł najgorszego reżysera?Jeśli chodzi konkretnie o ekranizacje gier, to zdecydowanie TAK. Z drugiej strony ma również pokaźną filmografią tytułów niezwiązanych z grami, które nie są aż takie złe. Wydaje mi się, że gdyby od początku zostawił adaptacje gier w spokoju, to nie spotkałby się aż z taką niechęcią publiczności. W końcu każdy reżyser ma w swoim dorobku jakieś chłamy. Podsumowując, Uwe Boll swoimi adaptacjami gier poległ spektakularnie, ale jako twórca w ogóle to postać bardziej złożona niż sugerują recenzje.




Może dołączysz do dyskusji?
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy, możesz być pierwszy!